O telefonach komórkowych i o ludziach

Albo: Umiemy się nim w ogóle posługiwać?

Ahoj ludzie.

Telefon komórkowy dzwonił i dzwonił, a ja śmiałem się jak szalony. „Gdzie jesteś?” - Zapytała mnie pierwsza osoba, która kiedykolwiek zadzwoniła do mnie na telefon komórkowy, i która mi kilka chwil wcześniej załatwiła. „Gdzie jesteś?” - powtórzył pytanie Petr Tolar. „I z czego się śmiejesz?” Zgięty w pół odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „W Mladej Boleslavi w kiblu na stacji benzynowej!” Dusiłem się ze śmiechu. Jedną ręką próbowałem zapiąć spodnie, drugą trzymałem telefon komórkowy wielkości pół cegły. „Gdzie jesteś?” - To często pierwsza rzecz, jaką po dziś dzień słyszymy z telefonu komórkowego. Kiedyś dzwoniło się „dokądś”. Do biura, do mieszkania czy nawet do budki telefonicznej. Rozmowa telefoniczna umówiona lub zamówiona na poczcie. W określone miejsce. Nikt nie pomyślałby o tym, by pytać: „gdzie jesteś”.

Wraz z pojawieniem się telefonów komórkowych w naszym świecie wiele się zmieniło. Wiele rzeczy na lepsze, wiele też na gorsze. Lecz nie same urządzenia są winne, ale fakt, że technologia ewoluowała szybciej niż swego rodzaju etyka.

Na przykład dla niektórych telefon komórkowy oznacza, że muszę być dostępny. A kiedy nie jestem, spokojnie stwierdzają: „Po co ci więc w ogóle ten telefon?” Przeważnie mam chęć dopowiedzieć wulgarnie za nich, ale nie zrobię tego. Staram się wyjaśnić, że nie mam telefonu ze względu na nich, ale przede wszystkim ze względu na siebie. A tego potrzebuję. I dodzwonić się, jeśli ten drugi człowiek jest dostępny. I wiem, że wcale dostępny być nie musi. Tak samo, jak ja. W przypadku telefonów stacjonarnych ten problem w ogóle nie istniał: nie odbiera, więc go tam nie ma, koniec. Istniała oczywiście możliwość, że jest, ale że śpi lub że nie chce, aby mu przeszkadzano; zakładano jednak, że raczej to pierwsze. Nikt się tak bardzo nie gniewał, że ten drugi nie odbiera.

„Daj mi znać, że dotarłeś bezpiecznie na miejsce”. - mówimy sobie nawzajem i od razu o tym zapominamy. Ale często sprawiamy sobie tym zmartwienie. Jako mały chłopiec pojechałem z ojcem do Bułgarii. Nikt nie wiedział o nas nic przez trzy tygodnie, ponieważ dodzwonienie się z jednego do drugiego telefonu stacjonarnego i przez centrale kilku państw we właściwym czasie było w zasadzie niemożliwe. Wysłaliśmy list, że dotarliśmy bezpiecznie. List przyszedł około tygodnia po naszym powrocie. Dlaczego to piszę? Ponieważ w tamtym czasie było to normalne, że ktoś odchodził i nie było z nim żadnego kontaktu. Nikt nie myślał od razu o najgorszym. Dziś możesz dzwonić lub wysyłać SMS-y z niemal każdego miejsca. Ale jeśli tego nie zrobisz, zaniepokoisz tych, od których wyjechałeś. Kiedy gdzieś się zatrzymasz i nie dasz o tym znać, zmartwisz tych, do których się wybierasz. Kiedyś mówiliśmy sobie, że prawdopodobnie pociąg jest opóźniony lub że po drodze jest duży ruch.

Za zaletę telefonów komórkowych uważa się możliwość dogadania się na bieżąco. Ale czy to naprawdę zaleta? Spotkania umówione w czasach telefonów stacjonarnych były po prostu rzetelniejsze. Kiedy ludzie umówili się na przykład w czwartek o czwartej „pod ogonem” (a mieli tym na myśli tył konnego pomnika św. Wacława na placu Wacława w Pradze), można było na tym polegać. Obie strony starały się być na czas. Ten, kto tam był, w przypadku ewentualnego spóźnienia drugiej strony czekał 15 minut - to była taka niepisana zasada. Ale nie dłużej. Wtedy po prostu odchodził, myśląc sobie o tylnej części... nie, bynajmniej nie konia. Bo w zależności od odległości i ilości zajęć obu stron na kolejne spotkanie można się było ponownie umówić i odbyć je na przykład za tydzień, miesiąc lub rok.

O mobilech a lidechDzisiaj przed spotkaniem należy wymienić co najmniej dziesięć telefonów lub smsów w celu dogadania się odnośnie czasu i miejsca - ciągle bowiem coś się zmienia. Dzień przed spotkaniem potwierdzamy sobie jeszcze, czy wszystko jest aktualne - inaczej ustalenia są nieważne. Lecz jeśli tak, bywa to dla drugiej strony zaskoczeniem. Zwykle zmienia się jeszcze miejsce, czas lub jedno i drugie, a następnie, już w dniu spotkania, zmieni się coś jeszcze dwukrotnie. Lecz nawet to wszystko nie zagwarantuje ważności wszystkich tych uzgodnień. Już w trakcie spotkania dzwonicie jeszcze do siebie: "Zatrzymałem się tu i tam, możesz tu przyjechać?" - rzuca niefrasobliwie winowajca, spokojnie siedząc w cieple. Albo zadzwoni i powie: "Za kilka minut dotrę, jestem już całkiem blisko”, mimo że wciąż dzieli was czterdzieści kilometrów. Całkiem bezwstydnie się okłamujemy. Marnujemy czas i nerwy swoje i innych. I tworzymy chaos. Nasze plany się rozpadają, a z czasem okazuje się, że nie da się ich już nawet poskładać. Wiele osób nie potrafi już nawet podać stałej daty i miejsca. Nie mają żadnego harmonogramu - czekają tylko, aż sytuacja się rozwinie. Jedziesz do innego miasta z instrukcją: „…A kiedy dotrzesz, zadzwoń do mnie…”, bo żadne inne dogadanie nie jest możliwe. Dzwonisz po przyjeździe i stwierdzasz, że: „…Teraz to niemożliwe” by wreszcie usłyszeć: „…Może następnym razem. Daj mi znać, kiedy będziesz w pobliżu…”

Albo... do kogo faktycznie dzwonimy. Kiedyś dzwoniło się do Nováków. Mógł odebrać Novák, Nováková, ich dzieci, babcia, teściowa lub kto jeszcze tam na miejscu był. Albo dzwoniło się do biura, gdzie często była jedna lub więcej osób na jedno urządzenie i jeden numer. Telefon komórkowy stał się rzeczą bardzo prywatną, o której mówi się, że nie powinny go bez pozwolenia dotykać nawet najbliżsi partnerzy. Nie mam tego problemu, ale o tym napiszę innym razem.

W przypadku połączeń komórkowych zatraciliśmy również celowość i właściwy czas na rozmowę. W przeszłości dzwoniliśmy do siebie najczęściej w sprawach służbowych do pracy i w godzinach pracy. Tam człowiek miał pod ręką to, z czym lub nad czym pracował. Ale nigdy w domu. I odwrotnie. A teraz ktoś podczas jazdy samochodem, albo podczas spaceru po mieście czy lesie zmusza mnie do tego, abym pamiętał, by po dotarciu tam czy w inne miejsce załatwić to czy owo.

Mógłbym opisać wiele zabawnych sytuacji, które uważamy za oczywiste. Dzwonienie podczas jedzenia, pisanie wiadomości (lub granie w gry) w toalecie lub w łóżku. Widziałem ludzi, którzy w podskokach wybiegali z morza by odebrać dzwoniący na prześcieradle telefon, bo przecież "może to być coś ważnego". Nie jest. Prawie nigdy nie jest to tak ważne i pilne. Były czasy, gdy ludzie byli w pracy i nie myśleli o domu, maksymalnie o poleceniu, co kupić podczas powrotu. W domu z kolei nie myślano o tym, czego się nie zdążyło w pracy, bo w tym chaosie nie udawało się skontaktować. Albo nie posiadało się w domu telefonu, albo pracodawca nie odważył się zadzwonić w sprawie, którą można było załatwić na drugi dzień w pracy. Każdy miał swój dom i swoją pracę. I swoje wakacje.

Nie, nie jestem staromodnym staruszkiem! Telefon komórkowy to absolutnie wspaniała i niesamowita rzecz. Mam na myśli tylko to, że od ćwierć wieku nie nauczyliśmy się go używać z rozsądkiem i przyzwoitością. Czy będzie lepiej wraz z pojawieniem się w telefonie Internetu?

Ludzie, ahoj!
Petr

Tłumaczenie: Bogna Piter. Napisz do Piotra (Polski przez Bogną).

Więcej artykułów tutaj


Drukuj   E-mail