Muzyczna impreza

Albo jak bardzo czasem nie umiemy grać

Ahoj ludzie.

To było porywające! Wszystko wokół nas, niesamowite i szybko ewoluujące; ten powszechny, porewolucyjny entuzjazm, podpowiadający: teraz to już możliwe. Do tej pory obowiązywała zasada, że wszystko, co nie jest dozwolone, jest zabronione. Teraz nauczyliśmy się żyć z poczuciem, że jest odwrotnie. Wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Nagle nie musieliśmy prosić o zgodę na każdy koncert, nie musieliśmy nawet zgłaszać takich nieformalnych spotkań muzycznych. Wtedy ktoś wpadł na świetny pomysł. Znajdziemy jakiś klub, zorganizujemy regularne spotkania muzyków, będzie tam miejsce do siedzenia, bar z poczęstunkiem, a przede wszystkim udźwiękowiona scena, na której każdy będzie mógł zagrać z każdym.

Nie, nie było i nie miało być to spotkanie podobne tym na festiwalach muzyki folk, country czy trampowej, na których wspólnie śpiewane są wszystkim znane piosenki, a publiczność często miesza się z wciąż będącymi na miejscu wykonawcami. Miało to być spotkanie praktycznych zawodowych muzyków: akompaniujących, solowych i liderów zespołów. Wykonawcy bigbitu, muzyki folk, muzyki ludowej i muzyki pop spotykali się, witali z tymi, których rzadko spotykali, a także z kolegami z własnych zespołów. Więc... kto zacznie?

I tu pojawił się pierwszy drobny problem: nikt nie chciał. „Nie będę robił z siebie głupka, żeby każdy mógł mnie obgadywać, nie…” I tak siedzieliśmy i popijaliśmy, w różnych wymieniających się grupkach rozmawiając przy stolikach, przy barze, przy oknie, przy drzwiach, w rogach i na korytarzach. „No niech ktoś zagra, bo jest tu jak na pogrzebie...” - powiedział ktoś i natychmiast tego pożałował, bo padła odpowiedź: „No dalej, więc zacznij!” „Ale że ja...?” Do tego potrzeba trochę więcej alkoholu, by opadły bariery i abyśmy zapomnieli o tym starym dowcipie o dwóch muzykach, którzy spotykają się i nie obgadują trzeciego...

Muzikantsky mejdloPo jakimś czasie ktoś z kimś w końcu wychodzi na scenę, aby spróbować czegoś razem. Przez pierwszych kilka minut rozbrzmiewają różne dźwięki, przeszkadzające reszcie w integracji. Następnie jeden drugiemu proponuje jakiś genialny motyw muzyczny, który każdy muzyk ma w głowie całe życie (co po niektórzy mają nawet dwa motywy), co reszcie przeszkadza jeszcze bardziej. Nadal nie mogą się na nic zgodzić, więc zaczynają grać 12-taktowego bluesa. Czytelnik-muzyk wie, o co w nim chodzi; innym wyjaśnię pokrótce: to taki podstawowy, dobrze znany schemat akordowy, używany w bluesie. Dogadają się więc jeszcze co do brzmienia i tempa, by w końcu zagrać razem coś sensownego. Wspaniale. Grają ten schemat raz, dwa razy, któryś z nich powinien zacząć śpiewać, ale tak naprawdę nie grają konkretnej piosenki, nie mają tekstu i nie są ani tak zdolni, ani pijani, aby mogli wymyślić coś spontanicznie. I oczywiście należy pamiętać i o tym, że żaden nie chce zrobić z siebie głupka. Więc jeden z nich zagra coś w rodzaju solo. W następnej rundzie solo grają właściwie oboje, ale nie mają akompaniamentu i zaczynają się gubić. Po kolejnych dwóch rundach już się wzajemnie rozumieją i zaczynają wymieniać się co do akompaniamentu i solówek. Stopniowo też zwiększają głośność, bo przeszkadza im hałas rozmawiających ludzi, którzy z kolei mówią coraz głośniej, bo przeszkadzają im grający. „Mogliby już sobie dać spokój”, widać w oczach niejednego z nich, a po chwili i lekko pogardliwy i źle skrywany uśmiech. „Nie obgaduj, lepiej sam zagraj!” Tak więc przyłącza się do nich trzeci, ewentualnie czwarty grający, dopóki liczba instrumentów, możliwości udźwiękowienia, miejsce i inne czynniki nie zostaną wyczerpane.

Mógłbym to opisywać jeszcze dalej, ale skrócę to do kilku spostrzeżeń, które sobie zapisałem.

  • Muzycy, choć często bardzo dobrzy w swoich zespołach, bardzo często nie potrafią po prostu zagrać niczego, czego nie przećwiczyli. Zwykle zostają więc przy niekończącym odgrywaniu jakiegoś prostego motywu lub wspomnianego schematu bluesowego.
  • Śpiewanie przed innymi wydaje się im głupie, gdy nie występują przed publicznością, przed którą mogliby się zaprezentować. Nie mają nawet większej motywacji, zwłaszcza gdy dodamy do tego różnicę gatunkową. W końcu rockman wstydziłby się zaśpiewać hit czeskiej trampskiej muzyki „Rosa na kolejích“, a muzykom folkowym nie spodoba się rzężenie black metalu czy hard rocka.
  • Jednak muzyk często nie umie słuchać kolegi. Najpierw posłuchać, rozpoznać tonację, rytm, sekwencję akordów, schemat... Może tylko wysyłać muzykę, lecz odbierać – mniej lub wcale. Po prostu dołącza do gry kolegi, nie przypuszczając, ba – zupełnie nie wiedząc, co będzie w następnym takcie.
  • Muzycy często po prostu nie umieją grać razem. Wielu z nich pragnie improwizacji, ale nie mają dla niej żadnych podstaw poza swoimi dwoma czy trzema chwytami, z których, z małymi zmianami, korzystają przez całe życie. Nie potrafią się nawzajem słuchać, przewidywać, czy wręcz przeciwnie – sugerować postęp harmonii, wymyślać proste i czytelne melodie zamiast zwykłych szybkich, niemelodyjnych przebiegów czy niekończącego się zawodzenia.
  • Muzyk często nie umie być zwykłym słuchaczem. Choć niech przynajmniej to będzie muzyka jego gatunku i ulubionych wzorów.

Takich spotkań było tylko kilka i już słyszę śmiech kolegów, którzy je pamiętają. Widzieli to podczas każdego innego, podobnego spotkania. Oczywiście, że nie u siebie. Już słyszę, co by mi powiedzieli, gdybym wspomniał ich z imienia. Ale myślę też, że to i tak zabawne, nawet bez imion, co mi ostatecznie wystarcza. Ja nie jestem inny…

Ludzie, ahoj!
Petr

Tłumaczenie: Bogna Piter. Foto: Jiří Esser. Napisz do Piotra (Polski przez Bogną).

Więcej artykułów tutaj


Drukuj   E-mail